Forum Napiszemy   Strona Główna
RejestracjaSzukajFAQUżytkownicyGrupyGalerieZaloguj
Miasto zagłady. Rozdział 4. Josh jak zwykle zajęty.

 
Odpowiedz do tematu    Forum Napiszemy Strona Główna » Wasza twórczość literacka / Powieści Zobacz poprzedni temat
Zobacz następny temat
Miasto zagłady. Rozdział 4. Josh jak zwykle zajęty.
Autor Wiadomość
Don Self
Geniusz
Geniusz



Dołączył: 28 Mar 2010
Posty: 554
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: mężczyzna

Post Miasto zagłady. Rozdział 4. Josh jak zwykle zajęty.
Czwarty rozdział mojej (piszącej się nadal ;p) powieści. Mam nadzieję, ze jest lepszy niż poprzednie, które tutaj zamieściłem. To jak na razie ostatni rozdział, który zamieszczam na forum. Przestanę was męczyć na jakiś czas moimi tekstami Smile.

Josh jak zwykle zajęty

1

Josh od rana układał nowy towar na sklepowych półkach, nie miał nic innego do roboty, zresztą to musiał zrobić teraz. Z doświadczenia wiedział, czym grozi przekładanie koniecznych spraw na później. Nie koniecznie miał na myśli nowo dostarczony towar. Konkretniej chodziło mu o jego zaufanego przyjaciela Normana Calverta czuł, że dzieje się z nim oś niedobrego. To samo czuł, kiedy myślał o sobie.
– Ze mną też jest coś nie tak. – mówił rozkładając na ladzie dzisiejszą prasę. Zawsze to robił, tak było łatwiej podawać gazety klientom. Często jednak sami sobie podawali. – Z Normanem też nie jest dobrze, ale, o co tu chodzi? Nigdy niczego podobnego nie czułem. – mówiąc to miał na myśli koszmary, które ostatnio miewał. Były najstraszniejszymi snami, jakie kiedykolwiek mu się śniły. Jedyne, co ukazywały to śmierć i jej żniwo. Zbierała je w Berton. To akurat sprawdziło się w stu procentach. Śmierć ostatnio bardzo długo tu zabalowała. Jedno było pewne, o wiele za długo. Tylko, co zrobić, żeby się wreszcie wyniosła do innego miasta? Może nawet do sąsiedniego kraju? Nie był w stanie odpowiedzieć sobie na te pytania w żaden sensowny sposób, bo czarnej pani z kosą niełatwo się pozbyć. Zabijanie jest jej przywilejem, o ile nie obowiązkiem. W końcu nie wiemy jak Bóg rozdzielał zadania dla swoich ludzi.
To nie było najważniejsze, bardziej interesowało Josha, jak uniknąć kolejnych koszmarów. Podobnie myślał Norman. Ostatnio żalili się sobie, że mają tę samą przypadłość.
– To jakaś paranoja. Do czego to podobne, żeby dorosły facet bał się zasnąć?! – denerwował się Josh. Norman zawsze mu przytakiwał, szczególnie, kiedy obaj byli wstawieni po kilku piwach, które wypijali wieczorami w domu Normana. Mieli nadzieję, że jak będą pijani łatwiej będzie im zasnąć. Mylili się, koszmary nękały ich wtedy jeszcze bardziej, a brak snu powodował zmęczenie następnego dnia.
Od pewnego czasu Josh zauważył, że sny, które miewa zaczynają przechodzić do rzeczywistości. Może to głupie, ale czasami, kiedy bał się zasnąć, w przestrzeni, po zgaszeniu świateł, widział makabryczne sceny. Może to tylko wytwór jego wyobraźni i byłby o tym przekonany, gdyby nie fakt, że w każdym „śnie” widział śmierć Rona, Rogera i kilku innych osób z miasta, które w ostatnim czasie tragicznie zginęły.
Któregoś dnia Josh postanowił się przekonać czy jego sny mówią prawdę. Wybrał się do nowego szeryfa i zapytał o okoliczności śmierci Rona. Wszystko się zgadzało, co do minuty. To było coraz bardziej przerażające. Widział dokładnie, co stało się nad jeziorem Paso, w ten poranek, od którego się zaczęło. Sny były realistyczne i zaczynały wciągać w Josha w wir swojego świata i wersji wydarzeń. On nie miał zielonego pojęcia jak to się dzieje i dlaczego, ale w głębi czuł, że nie ma innego wyboru, ktoś dokonał go za niego. Problem w tym, dlaczego wybór padł na niego? Przecież Josh nie jest żadnym super-bohaterem, tylko zwykłym sprzedawcą, który swój sklepik w Berton, prowadzi już od dwudziestu lat. Wcześniej nic podobnego się nie działo. Nie miewał takich dziwnych koszmarów. To przyszło tak nagle, wraz ze śmiercią Szramy.
– Tak to chyba było tego samego dnia, kiedy się zdrzemnąłem. – powiedział do siebie. – A jak się obudziłem dowiedziałem się, w drodze do sklepiku, że Szramę ktoś zaszlachtował. – dodał. Sądził, że tak właśnie było. Przecież, Ron sam by sobie nie rozciął brzucha i nie powyrywał flaków. To musiał być straszny widok. Josh dobrze wiedział jak wyglądało miejsce, gdzie znaleziono Szramę, widział to we śnie.

2

To była ostatnia noc marca. Josh jak zwykle po kąpieli poszedł oglądać telewizję. W lokalnym programie informacyjnym reporterka, którą Davis znał od dziecka, powiedziała, że po ostatnich wydarzeniach w Berton zapanował spokój. Przedtem codziennie ginął ktoś nowy, ale po śmierci szeryfa Jima Smitha wszystko się uspokoiło. Ludzie chyba zupełnie o wszystkim zapomnieli. Josh również przestał o tym myśleć, zwłaszcza po słowach Mary Taylor. Zawsze sobie ufali, przyjaciele powinni mieć do siebie bezgraniczne zaufanie.

Po obejrzeniu Dziennika Josh bez obaw położył się do łóżka, nie miał żony, więc od razu zasnął. Był żonaty dwadzieścia lat, ale Betty zmarła na raka płuc. Paliła jak smok, Josh ostrzegał ją przed tym, co może się jej stać jak nie przestanie, ale cóż, nie chciała go słuchać. Problem jej nałogu był powodem wielu domowych sprzeczek. Nigdy nie ucierpiały na nich dzieci, bo Josh był bezpłodny. Na adopcję nie chcieli się zdecydować. Sądzili, że dzieciaki z domu dziecka są nie do wychowania, tym bardziej, że pochodzą najczęściej z patologicznych rodzin. Josh i Betty nie chcieli ściągać sobie na głowę dodatkowych problemów.
Po śmierci żony Josh przyzwyczaił się do spania samemu w pustym małżeńskim łożu. Twierdził, że czuł obecność Betty zaraz po jej śmierci. Położył na nocnym stoliku jej zdjęcie w srebrnej ramce. Na fotografii uśmiechała się szeroko, byłą piękna i nic nie zwiastowało nadchodzącej choroby. Miała piwne oczy i czarne włosy oplatające owalną twarz o aksamitnej cerze koloru herbacianych róż.

Josh od początku miał nadzieję, że nic mu się nie przyśni. Wierzył w to, o czym zapewniała Mary, w spokój. Dla niego oznaczało to również brak koszmarów. Cieszył się jak dziecko, kiedy usłyszał tę radosną wiadomość w telewizji. Pewnie uradowani byli też inni mieszkańcy Berton.
Jak się później okazało sąsiad Josha z radości wyskoczył przez okno do basenu, który ustawił w ogrodzie. Na szczęście nic mu się nie stało, ale jego żona mało nie dostała zawału, bo wariat skakał z pierwszego piętra.
Ślady powszechnej radości były dość wyraźne. Niepokojący był za to fakt, że niedawno zaginął Joe, bliski kumpel Rona i LJ’a. Było to o tyle dziwne, że po raz ostatni widziano go w pobliżu domu Sandersów. Chata była opuszczona, więc nie miał powodu, żeby się tam znaleźć, przynajmniej sądził tak każdy mieszkaniec Berton zachowujący trzeźwość umysłu. Zupełnie innego zdania byli rodzice Joego. Phil i Samantha byli przekonani, że to wszystko wina Lincolna Juniora. W sumie winę za to, co się stało przypisywała mu znaczna część mieszkańców miasta. Jedynymi, którzy wierzyli chłopakowi byli jego koledzy z podwórka i nowy szeryf, bo w prawdzie nie miał podstaw, żeby go przyskrzynić w zakładzie poprawczym. Przecież, LJ go nie zabił. Przynajmniej sam tak twierdził i dowody przemawiały za jego niewinnością. Joe nie znalazł się do teraz, minęły już trzy dni od jego zniknięcia, policja stanowa robiła, co mogła, właściwie wszyscy go szukali, ale chłopak najwyraźniej zapadł się pod ziemię. Nie było innego sensownego wyjaśnienia jego tajemniczego zniknięcia.

Ta noc nie była spokojna, przynajmniej dla Josha. Poczuł dziwny wir zakręcający się w jego umyśle. W pewnym momencie mężczyzna zdał sobie sprawę, że stoi na brzegu strumienia Red. Nie miał pojęcia, w jaki sposób tam się dostał. Przecież przed chwilą była ciemna noc, a teraz jest biały dzień. Rozejrzał się wokół, jakoś instynktownie zaczął szukać zwłok Rogera. Przypomniał sobie, że tutaj zginął, miał nadzieję, że uda mu się ustalić coś więcej, niż wiedziała policja. Josh starannie obejrzał miejsce zgonu Sandersa, ale nic nie znalazł. Najwyraźniej to, co miał zapisane w aktach sprawy szeryf było wszystkim, co udało się wytropić.
Josh pokierowany przeczuciem ruszył przed siebie, przeszedł przez mostek zawieszony nad rwącym strumieniem i poszedł dróżką w kierunku domu Rogera. Ścieżka była zarośnięta pokrzywami i kępami mleczy, nikt jej nie używał od czasu przeprowadzki Sandersów. Josh doszedł do furtki z tyłu bujnie porośniętego drzewami ogrodu Rogera. Dawno nieprzycinany żywopłot zaczął przerastać przez płot, tylne wejście na posesję Rogera też już prawie w całości zarosło. Josh pociągnął za klamkę, furtka otworzyła się. Davis przedarł się przez coraz grubsze gałązki żywopłotu. Spojrzał przed siebie, jego oczom ukazał się garaż, do którego, przez małe okien, wszedł Joe. Josh od razu go poznał, to na pewno był on.
– Ej, ty! – krzyknął za nim. Miał nadzieję, że chłopak go usłyszy, ale nic z tego. Josh zawołał jeszcze raz, ale Joe był już w środku.
Josh zastanowił się chwilę. Przypomniał sobie właśnie, że raz Roger mówił mu po pijaku, że ma tylne wejście do domu.
– Tak, teraz pamiętam. Prowadzi przez kuchnie, a następne drzwi w prawo to garaż. – szepnął do siebie i poszedł w alejką w lewo. Chwilę później jego oczom ukazał się piękny taras, za który rodzina Sandersa zapłaciła grubą forsę. Z zewnątrz nie jest widoczny, ale kiedy stanie się w ich ogrodzie widać wszystko jak na dłoni. Josh był tutaj pierwszy raz, ale czuł jakby odwiedzał Rogera codziennie. Dokładnie wiedział, jaki jest układ pomieszczeń w ich domu.
– Cholera, zupełnie jakbym był u siebie w domu. – zaśmiał się pod nosem. Dziwna sytuacja, ale Josh zawsze miał dystans do siebie i wszystkich innych ludzi. Nawet po śmieci Betty szybko się pozbierał, chociaż każdy myślał, że sobie nie poradzi i zwariuje.
Chwilę później Josh wszedł do domu, zadziwiające, wszystkie drzwi były otwarte. Jakby ktoś tam na niego czekał.
– Może Roger wrócił? – palnął bez sensu. – Nie no, co ty Josh, przecież nieboszczyk nie wyjdzie z grobu żeby odwiedzić starych znajomych. – dodał.
Przeszedł przez kuchnię niemal bezszelestnie, nie zwrócił uwagi na to, że Sandersowie nie wzięli ze sobą kompletnie nic. Na półce stała nowa mikrofalówka firmy Zelmer, a w zlewie leżała sterta srebrzących się garnków i nieumytych sztućców. Zupełnie jakby rodzina Rogera uciekła w popłochu z miasta zostawiając w starym domu cały swój dobytek.
Josh zatrzymał się w holu. Miał do wyboru schody prowadzące zapewne do piwnicy, wejście na piętro i drzwi w prawo.
– Tam jest garaż. – powiedział kierując się w srebrzyste drzwi na prawo od przejścia do salonu. Uchylił je nieznacznie i zajrzał do środka. Jego oczom ukazał się Joe, który szperał w szufladach i skrzynkach z narzędziami Rogera. One o dziwo, również zostały w domu.
W pewnej chwili Josh schował głowę za ścianą, bo Joe spojrzał w jego stronę. Josh zobaczył kątem oka, że chłopak przyglądał się chwilę jego cieniowi rzuconego na białe schody prowadzące na górę.
– Może Szrama się pomylił. Możliwe, że ta siekiera leży w piwnicy a nie w garażu. – usłyszał, Josh. W pewnej chwili przestraszył się.
– On tutaj zaraz przyjdzie. Chce wejść do piwnicy. – szepnął. – Muszę się zmywać. – dodał i ruszył do salonu. Ukrył się za jedną z obszernych kanap ustawionych przed telewizorem. Joe po wejściu do holu rozejrzał się wokoło. Zajrzał również do salonu, zupełnie jakby wyczuwał czyjąś obecność.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma poszedł przed siebie. Zszedł po schodach na dół, ale zanim otworzył drzwi do piwnicy zatrzymał rękę na klamce. Josh zbliżył się i ukrył za rogiem, tak by lepiej wydrzeć, co robi Joe. Chłopak zastanawiał się chwilę zanim wszedł do piwnicy. Najwyraźniej się czegoś bał, poza tym zbladł, był biały jak kreda. W pewnym momencie Josha olśniło.
– No oczywiście! Wiem, czego się bałeś chłopcze. – powiedział tak cicho, że Joe nie mógł tego usłyszeć. Kiedy wszedł do piwnicy Josh zaśmiał się. Ten głupiec myślał, że Sandersowie się pozabijali, a ich ciała są w piwnicy. W prawdzie nie miał pojęcia skąd mu to przyszło do głowy, ale był święcie przekonany, że to prawda. Uważał też za pewne, że to, co myślał sobie Joe było całkowitą bzdurą. Nie miał pojęcia skąd ta pewność, ale musiał sobie zaufać. Postanowił chwilę zaczekać, chłopak i tak dług tam nie posiedzi.
Davis się mylił, bo Joe siedział tam już około godziny. A jakieś czterdzieści minut temu zamknął drzwi piwnicy. Chyba przez cały ten czas nic nie mówił, bo było podejrzanie cicho. Josh uważał, że jest zbyt spokojnie, ale nie mógł wejść do środka, bo wyszedłby na złodzieja. Co prawda Joe jest w tym samym położeniu, ale Davis wolał nie robić sobie problemów.

Czekał tam już dwie godziny i o mało nie zasnął z nudów. Joe nadal nie wychodził. W pewnym momencie dostrzegł, że coś wycieka spod drzwi.
– O cholera. – powiedział i ruszył w kierunku drzwi piwnicy. Ta ciecz nie była ani trochę podobna do wody, ani niczego innego, co można wypić. Była gęsta i brązowa. Prawie jak rozmoczone gówna.
– Co to jest? – spytał siebie Josh. Zastanowił się chwilę, bo był przekonany, że gdzieś już słyszał, albo czytał o czymś takim. – Już wiem! To ta skażona woda! – zawołał. – Jezu Chryste! Joe, wyłaź stamtąd! Natychmiast! – krzyknął i z całych sił walił pięściami w drzwi.
– Wyjdź z piwnicy! Joe!
W pewnym momencie Josh zauważył, że siedzi w swoim łóżku zalany potem. Rozejrzał się wokoło, a potem spojrzał na zegarek. Była szósta rano.
– To znowu pieprzony koszmar. – powiedział do siebie, a potem przypomniał sobie, że jego sny za każdym razem się sprawdziły. – Muszę ratować Joego! – krzyknął i wyskoczył łóżka.
Włożył spodnie i bluzkę, która byłą pod ręką. Potem jak najszybciej wybiegł z domu. Po drodze zadzwonił do szeryfa. Ten nie do końca mu wierzył, ale po kilkunastu minutach proszenia zgodził się pojechać do domu Sandersów.
O wpół do siódmej szeryf przyjechał pod dom Rogera wraz z dwoma innymi policjantami, których Josh dobrze znał. Davis czekał na nich gorączkowo chodząc w tą i z powrotem na ścieżce, którą widział we śnie.
– Dzień dobry szeryfie. Przepraszam, że zadzwoniłem tak wcześnie, ale w tym domu dzieje się coś niedobrego. – powiedział podając rękę każdemu po kolei.
– Służba miastu to mój obowiązek, tym bardziej, że jest przez to cholerstwo dużo problemów. – mówiąc to zapewne miał na myśli zatrutą wodę.
– Proszę za mną. Musimy zejść do ich piwnicy. – dodał Josh. Poprowadził policjantów przez ogród Rogera.
– Imponujący taras. – rzucił jeden z pomocników szeryfa. Po chwili doszli do tylnego wejścia, do domu. Usłyszeli krzyk dobiegający z piwnicy. Słysząc to automatycznie przyspieszyli. Josh nie mógł za nimi nadążyć. Musiał ich ostrzec.
– Panowie zaczekajcie! Spod drzwi wypływa jakaś dziwna ciecz, to pewnie ta zatruta woda, o której pisali gazecie. – krzyknął.
– Dziękujemy za ostrzeżenie. Niech pan tutaj zaczeka. – szeryf wskazał mu dywan w holu leżący przed schodami na dół. Josh gorączkowo przydeptywał z nogi na nogę spoglądając na to, co robią policjanci.
– Kto tam jest? – spytał szeryf.
– Młody Joe. Pomóżcie mi, bo zaraz mnie to dopadnie. – zawołał. – Siedzę na półce zawieszonej jakieś dwa metry nad ziemią. Jest tutaj pełno tego czegoś. Cuchnie jak cholera. – wiem też, że działa jak kwas solny.
– W takim razie jak to się stało, że do teraz nie przeżarło drzwi? – zapytał szeryf, Josh odniósł wrażenie, że to nie ma znaczenia.
– Nie zajmuj się bzdurami! Ratuj chłopaka zanim go zeżre! – krzyknął.
¬– Tak, ma pan rację, panie Davis. – powiedział. – Chłopaki zadzwońcie po straż pożarną i pogotowie. Prawdopodobnie będziemy musieli się do niego przewiercić z góry.
– Szeryfie, drzwi są całe pewnie, dlatego, że przewróciła się na nie stalowa szafa, którą od dwóch dni zajmuje woda. Mocna jest skubana, do teraz się nie dała. – powiedział Joe. – Wołałem o pomoc, ale ta ciota Lincoln nie słyszał i o mnie zapomniał. Jak tylko wyjdę to mnie popamięta! – dodał. Josh i reszta stojących po drugiej stronie drzwi ludzi nie zwróciła uwagi na jego słowa. Cała czwórka usiadła na schodach w bezpiecznej odległości od wody i w milczeniu czekała na przyjazd pogotowia i straży. W pewnym momencie szeryf odezwał się.
– Myślicie, że to wszystko wróciło?
– Sądzę, że ten koszmar nigdy nigdzie nie odchodził. – powiedział Josh. Szeryf kiwnął głową. Cisza nie trwała długo.
– Skąd pan wiedział, że on jest tutaj uwięziony?
Nigdy byście nie uwierzyli i nawet nie będę tego próbował tłumaczyć. – powiedział spokojnie Davis.
– W tej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy we wszystko uwierzymy. – zaśmiał się szeryf, chociaż nikomu nie było do śmiechu.
– Zobaczyłem tego chłopaka we śnie. Zupełnie jak na jawie. – zamyślił się. Tak, to, co mówił trzymało się kupy, sam w to wierzył, bo nie było żadnych innych możliwości wyjaśnienia jasnowidzenia. Nikt teraz nie uwierzy facetowi, który twierdzi, że potrafi przewidywać przyszłość, albo analizować przeszłość. Za mówienie czegoś takiego można trafić na oddział w szpitalu dla obłąkanych, może nawet do jednego pokoju z egzorcystą. Nikt by tego nie chciał, więc lepiej siedzieć cicho i tłumaczyć to przeczuciem.
– Coś mi się wydaje, że się pan przepracowuje. – wywnioskował szeryf Mark Roux. Josh miał ochotę mu przypieprzyć, ale w ostatniej chwili cofnął dłoń i rozluźnił pięść. Wykrzywił usta w wymuszonym uśmiechu ukazując zęby.
– Ciężko pracuję, to prawda, ale nigdy się nie przepracowałem. – powiedział przez zęby. – I uprzedzając pana kolejne pytania, nie potrzebuję psychologa ani terapeuty. – wycedził przez zęby. Próbował zachować spokój, ale niezdarnie mu to wychodziło. W końcu nie ma się, co dziwić, każdy by tak zrobił jakby mu wmawiano głupotę.
– Wcale nie miałem tego na myśli. Proszę się nie bać, zadzwoniliśmy po pogotowie dla Joego, nie dla pana. – zaszydził sobie Mark. Był przekonany, że jeśli trzyma gnata w kaburze, to jest ubezpieczony. Josh postanowił to przemilczeć. Jeśli by się nie powstrzymał mogłaby być potrzebna jeszcze jedna karetka.
Joe siedział spokojnie w piwnicy. Nie odezwał się ani słowem od momentu, w którym szeryf przemówił do Josha. Najwyraźniej nie chciał zagłuszać kłótni. Chłopak odezwał się dopiero jak na miejsce przybyli strażacy.
– Co tu się stało? – spytał dowódca jednostki Tony Freeman. Od kilku lat był sąsiadem Josha. Znali się jak łyse konie.
– Joe został uwięziony w piwnicy. – powiedział Mark. Tony spojrzał po ich twarzach z niedowierzaniem.
– Jak to się stało?
– Przyszedłem tu z ciekawości, a potem zobaczyłem, że z ich rur odpływowych wydobywa się ta dziwna woda, cholernie parzyła. Kiedy zobaczyłem, że przeżera się przez podłogę i meble, wskoczyłem na stalową półkę nad ziemią i nie mogę zejść, bo zostanę bez nóg do samych kolan. – odezwał się Joe. Jego głos zagłuszały drzwi piwnicy, dobrze zabezpieczone przed utratą ciepła. W piwnicy było zimno. Chłopak odczuł to bardzo wyraźnie. Spędził tam dwie noce.
– Pomóżcie mi ludzie, bo ja tutaj zaraz zamarznę! – krzyknął Joe. Strażacy aż podskoczyli. Tony spojrzał na drzwi, a potem w dół, na wylewającą się na podłogę parującą cieczą. Odetchnął głęboko i chwycił się za głowę.
– Nie możemy otwierać tych drzwi, bo nas zaleje i wszyscy zginiemy. Proszę cię Josh i ciebie szeryfie. Wyjdźcie z budynku i zabezpieczcie cały teren. Niech pan weźmie ze sobą swoich ludzi. – powiedział spokojnie Tony. Wszyscy zgodnie z jego poleceniami wyszli na zewnątrz. Nawet Mark ani razu nie protestował.

Strażacy zabrali się do pracy. Na początku przyjrzeli się drzwiom i pobrali próbkę cieczy do dalszych badań. Następnie Tony udał się do kuchni.
– Według planu domu, piwnica powinna znajdować się pod ta posadzką, a Joe siedzi gdzieś tutaj. Wskazał na podłogę pod zmywarką. – powiedział. – Chłopaki, odsuńmy to i wydostańmy chłopaka.
Jeden ze strażaków zbliżył się do drzwi piwnicy i zawołał:
– Joe, nie bój nic, zaraz cię wydostaniemy! Tylko uważaj na głowę, bo będziemy się do ciebie przewiercać przez sufit. – krzyknął i już maił odchodzić, ale przypomniał sobie o jednej ważnej sprawie. – Powiedz ile mniej więcej dzieli cię od stropu?
– Jakieś półtora metra. – zawołał chrapliwym głosem. – Tylko mi nie zwalcie całego sufitu na głowę. Chcę jeszcze pożyć. – dodał. Bill nawet tego nie skomentował. Odszedł, bo Tony zawołał go do siebie.
– Jak wysoko nad nim jest sufit? – spytał Roux.
– Mówił, że półtora metra. Problem w tym, w jaki sposób się przebijemy? – rzucił Bill. Tony spojrzał w kuchenne okno jak, w kryształową kulę od wróżki. Zamyślił się, a po chwili przemówił.
– Musimy zbić posadzkę młotkiem i przecinakiem, a potem ostrożnie rozdrapywać dziurę łopatą. Nie ma innego sposobu. Jeśli tego tak nie zrobimy chłopak zginie z przemarznięcia, albo na skutek zawalenia się dachu. Nas czeka to samo, więc musimy zachować ostrożność. – powiedział. Cała ekipa milczała.
Po chwili zaczęli wykonywać to, co do nich należało. Wydostali Joego dopiero po czterogodzinnej akcji.

3

Chłopak był oszołomiony, ale niezwykle szczęśliwy. Ratownicy medyczny wynieśli go z domu Sandersów na noszach i zawieźli do szpitala. Joe był odwodniony i głodny. Na szczęście uniknął odmrożeń, chociaż był tego bliski. Jego rodzice nie posiadali się ze szczęścia, kiedy dowiedzieli się, że ich syn się znalazł i żyje. Joe opowiedział ojcu, że to Josh przybiegł do niego, jako pierwszy i zaczął walić w drzwi.
– Joe wspominał, że gdyby pan nie zapukał w drzwi tej nocy, to mój syn by zginął, bo zdrzemnął się na siedząco i prawie wpadł do wody. – powiedział. – Gdyby tak się stało nie byłoby dzisiaj, co zbierać. Dziękuję serdecznie.


Post został pochwalony 0 razy
Sob 14:52, 28 Sie 2010 Zobacz profil autora
yoko
Mentor
Mentor



Dołączył: 07 Cze 2010
Posty: 706
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z szarego papieru
Płeć: kobieta

Post
Cytat:
Chłopak odczuł to bardzo wyraźnie. Spędził tam dwie noce.

Dwie noce bez jedzenia, picia. No chyba że miał tam zapasy, na tej półce.

Faktycznie, trochę gorze od poprzedniego rozdziału. Postaram się wymienić błędy, ale nic nie obiecuję, sama teraz piszę, więc nie mam za bardzo czasu. Ale czytać zawsze mogę Wink


Post został pochwalony 0 razy
Sob 21:31, 28 Sie 2010 Zobacz profil autora
Don Self
Geniusz
Geniusz



Dołączył: 28 Mar 2010
Posty: 554
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: mężczyzna

Post
Spoko. Pomyłek wychwyciłem tutaj więcej,a le już po dodaniu.


Post został pochwalony 0 razy
Sob 22:05, 28 Sie 2010 Zobacz profil autora
malankajunko
Pisarzyna
Pisarzyna



Dołączył: 28 Maj 2010
Posty: 147
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Warszawy
Płeć: kobieta

Post
tak samo jak poprzednie. Świetne! czekam na dalszy ciąg!


Post został pochwalony 0 razy
Nie 11:25, 29 Sie 2010 Zobacz profil autora
Don Self
Geniusz
Geniusz



Dołączył: 28 Mar 2010
Posty: 554
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: mężczyzna

Post
Dziękuję za oceny. Na dalszy ciąg poczekacie trochę dłużej niż na poprzednie rozdziały Smile. Muszę najpierw napisać trochę na zapas. Sami wicie, szkoła.


Post został pochwalony 0 razy
Nie 13:02, 29 Sie 2010 Zobacz profil autora
yoko
Mentor
Mentor



Dołączył: 07 Cze 2010
Posty: 706
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z szarego papieru
Płeć: kobieta

Post
Fakt, szkoła :/
Z jednej strony się cieszę, lubię szkołę, naukę, ale za dużo czasu zajmuje. Zwłaszcza denerwują mnie przedmioty, które ewidentnie uważam za niepotrzebne, przynajmniej mi. Po co mi znowu technika... Przynajmniej nie mam już plastyki i muzyki.
To czekam na ciąg dalszy cierpliwie Wink


Post został pochwalony 0 razy
Nie 13:59, 29 Sie 2010 Zobacz profil autora
Don Self
Geniusz
Geniusz



Dołączył: 28 Mar 2010
Posty: 554
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: mężczyzna

Post
Nie obrażaj plastyki i techniki :p. Mi, przyszłemu architektowi, na pewno się przydadzą te przedmioty. Bardzo je lubię Razz.


Post został pochwalony 0 razy
Nie 14:11, 29 Sie 2010 Zobacz profil autora
yoko
Mentor
Mentor



Dołączył: 07 Cze 2010
Posty: 706
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Z szarego papieru
Płeć: kobieta

Post
Tobie może tak, ale mnie nie, tylko mi średnią psuje i na dodatek denerwuje. Za to większość dziewczyn nie lubi wf, a ja lubię. Są gusta i guściki, nie wspominając już o predyspozycjach. Na szczęście w liceum jest inaczej, bo jeśli Ty pójdziesz na jakiś profil, to będziesz miał swoją plastykę i technikę, czy co tam chcesz Very Happy
Zresztą ja tych przedmiotów nie obraziłam Razz Powiedziałam, że nie mam cierpliwości do nich Very Happy


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez yoko dnia Nie 14:15, 29 Sie 2010, w całości zmieniany 1 raz
Nie 14:14, 29 Sie 2010 Zobacz profil autora
Don Self
Geniusz
Geniusz



Dołączył: 28 Mar 2010
Posty: 554
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: mężczyzna

Post
Nie no spoko, wszystko rozumiem Smile. Żartuje sobie. W-F też jest spoko, ale kilka lat nie ćwiczyłem, bo byłem chory Wink. Dwa lata o kulach zrobiło swoje Razz.


Post został pochwalony 0 razy
Nie 14:31, 29 Sie 2010 Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:    
Odpowiedz do tematu    Forum Napiszemy Strona Główna » Wasza twórczość literacka / Powieści Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do: 
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Design by Freestyle XL / Music Lyrics.
Regulamin